Otwierasz lodówkę i wiadomo, AI. Ale żeby otworzyć klasykę literatury i tam też zostać napadniętym przez sztuczną, tego jeszcze proszę państwa nie grali.
Proszę przeczytać ten oto fragment:
– Zbyt długo żyliśmy pod terrorem niedościgłej doskonałości Demiurga – mówił mój ojciec – zbyt długo doskonałość tego tworu paraliżowała naszą własną twórczość. Nie chcemy z nim konkurować. Nie mamy ambicji mu dorównać. Chcemy być twórcami we własnej, niższej strefie, pragniemy dla siebie twórczości, pragniemy rozkoszy twórczej, pragniemy – jednym słowem – demiurgii. – Nie wiem w czym imieniu proklamował mój ojciec te postulaty, jaka zbiorowość, jaka korporacja, sekta czy zakon nadawały swą solidarnością patos jego słowom. Co do nas, to byliśmy dalecy od wszelkich zakusów demiurgicznych.
To kawałek „Sklepów cynamonowych”. Żadna tam sztuczna, tylko Bruno Schulz i jego mistrzowska inteligencja werbalna we własnej ludzkiej osobie.
Tekst jest oryginalny, nie skażony algorytmem – alchemia słowa zachowana w stanie niezmienionym od blisko stu lat, kiedy to chuderlawy Schulz rzeźbił zdanie po zdaniu, nie szczędząc czytelnikowi takich krzyżówkowych kąsków, jak szrafirunek, kalafonium czy prajednia.
Kiedy zobaczyłem w galerii handlowej ładne wydanie tej klasyki w oszałamiającej cenie 10 zł, kupiłem z miejsca. Czas, żebym i ja przeszedł się ulicą Krokodyli.
Na pierwszej stronie czytam: rok wydania, wydawnictwo, projekt okładki…
No i masz. Jest i ona. Wyskoczyła.
Projekt okładki: Karolina Michałowska / Midjourney.
Nie, nie wierzę. Zamykam książkę, patrzę na okładkę. Na pierwszy rzut oka w porządku: stara ulica, sklep. Ale co my tam mamy na drugim planie?

Otóż na drugim planie stoi regał z jakimiś butelkami, gdyż najwyraźniej sztuczna uznała, że ludzie tak robią: na środku ulicy stawiają regał.
Ale to nie koniec, bo w środku książki są też ilustracje.
Facet trzyma w ręku jakąś laskę i ona mu wpada do kosza z owocami. Jest dziwnie, ale przynajmniej odwraca to uwagę od wielkiego pucharu chyba też z owocami, który znów stoi na środku ulicy.
Drugi facet ma typowego AI-palucha, który wygląda jak zapięcie kłódki. Wszyscy mają coś nie tak z paluchami.
A na innym obrazku kobieta ma nawet antenkę, która dumnie wystaje z kołnierza jej płaszcza w stylu lat 30.
Na każdej ilustracji da się coś znaleźć.
Mili państwo. Jeśli będziecie mieli okazję, kupcie to wydanie „Sklepów cynamonowych”. Dyszka to jak za darmo. A gorąco wierzę, że za kilka lat, dekad będzie to można pokazywać jako rekwizyt niesamowitości początku ery AI – wesołego czasu, kiedy ludziom odpięły się wrotki i nawet starego poczciwego Bruna postanowili na szybko przemaglować maszynką. W typowo AI-owym stylu.




