Znów pusta kartka. Nie powiem, że to najgorszy wróg, ale generalnie nie przepadam za jej towarzystwem. Na szczęście przeważnie szybko odchodzi – wraz z pojawieniem się pierwszych słów. Czasem jednak bywa inaczej. Zostaje z tobą na dłużej, nie wiesz, co masz robić. Pustka kartka jest tą otchłanią, w którą im dłużej się patrzysz, tym bardziej czujesz, że ona zaczyna się patrzeć w ciebie – a tekstu jakoś nie przybywa.
W porządku, z tą otchłanią to za grubo, zwłaszcza, że w dobie AI problem pustej kartki brzmi bardziej śmiesznie niż dramatycznie. „Hej GPT, wygeneruj mnie tu 10 pomysłów na tekst o [wstaw ogólne zagadnienie]” albo „Masz tu temat i rozpisz mi w punktach, o czym mogę napisać”. Załatwione, proszę się rozejść.
Ale może akurat nie chcesz korzystać ze sztucznej inteligencji. Może chcesz samodzielnie. Może jesteś jak ja – czasem beznadziejny w swojej analogowej upartości. Czasem, bo z LLM-ów korzystam intensywnie i nie obrażam się na rewolucję w tworzeniu treści. Ja się z nią koleguję i dokładam starań, żeby mnie nie pożarła. Regularnie składam cielaka na ołtarzu i wykonuję taki specjalny taniec.
Tym niemniej – mam ten fetysz twórcy, że w pewnych przypadkach moje ma być po prostu moje. Nie chcę wyciągniętych z rogu obfitości „pomysłów na tekst” ani „struktury artykułu na temat”. Nawet jeśli wiem, że nikt nie zauważy. Chcę zawierzyć własnej podświadomości, która do pewnego stopnia czerpie z tych samych kolektywnych zbiorów co AI, będąc jednak pięknie ograniczoną przez osobowe doświadczenia.
Chcę zapracować na hormon satysfakcji, który płynie żyłą wraz z tworzeniem tekstu. Jest coś dobrego i ludzkiego w tym uczuciu, gdy z nicości zaczyna wyłaniać się cość, a chaos powoli zmienia się w porządek. Jest to też uczucie, powiedzmy, ekskluzywne. Jeśli tak sobie siedzę i kreuję w starym, dobrym stylu, to znaczy, że manifestuję luksus wolnego czasu i mentalnej przestrzeni. Pod tym względem jestem bogatszy od wielu dalece sprawniejszych ode mnie kapitalistów.
Innymi słowy. Dziś posępne modlenie się nad pustą kartką nie jest najbardziej efektywnym sposobem przełamania niemocy twórczej czy spędzania czasu w ogóle. Osoby, które wykorzystują treści do celów biznesowych lub którym się po prostu spieszy, powinny bez skrępowania wspierać się AI. Od tego i tak nie ma ucieczki, więc nie bądźmy świętoszkami. Chciałbym przy tym, aby AI było włączane w pracę mądrze i ze smakiem, nie upokarzając podpisanej osoby. Temat na inną pogadankę.
Zarazem ci, którzy zechcą spotkać się z pustą kartką, zyskają coś innego. Owo zawierzenie podświadomości w wymyśleniu tematu, a potem w wypełnieniu go, zabiera cię do miejsc, których nie planowałeś odwiedzić. Mogłeś nie wiedzieć, że istnieją. Podróż zaczyna ci się podobać. Nie to, co widzisz wokół, a sam fakt przemieszczania się. Zmierzania dokądś.
Zerwanie tłuszczu, którym chwilowo obrósł umysł i wprawienie go w ruch, oznacza zmianę jego stanu. To nie tylko akt mentalny – to jest coś fizycznego. Nie chodzi więc o to, co myślisz, a jak się w tym stanie umysłu czujesz. Proces rozwijania myśli na pustej kartce, formowania tematu, pisania kolejnych akapitów może być powolny i nie przypominać narciarza pędzącego w dół stoku. A jednak – jesteś w zonie.
Świat zewnętrzny nie znika, ale rozmywa się, nawet lekko zniekształca. Prawdziwy slalom dzieje się wewnątrz. Jedno zapisane zdanie prowadzi do kolejnego, tworząc połączenia między ideami i przywołując obrazy. Umysł skrzy się i zaskakuje cię tym bardziej, im bardziej pozwalasz mu na swobodny ruch. Jeśli to dziennik, możesz zapisywać wszystko bez żadnej autocenzury. To uwalniające.
Jeśli zamierzasz publikować, obserwujesz przepływające myśli z intencją i czujnością. Wyławiasz to, co zdaje się pasować i wstawiasz to do treści. Czasem tekst wypływa spod palców z siłą rwącego potoku, a innym razem kapie słowo po słowie. Im mniej oczekiwań, tym więcej przyjemności. Nie wymuszanie określonego tempa to również element zawierzenia podświadomości. Pisząc częściej można zauważyć, że bywa różnie, po prostu.
Pomimo – tak sądzę – zachęcającego opisu, przełamanie problemu pustej strony nie jest łatwe. Przez jakiś czas brałem zimne prysznice. Na początku to był horror. Z każdym kolejnym razem było łatwiej wejść do tego lodowatego piekła, ale opór nie znikł całkowicie. Skurczył się do znośnego poziomu – i to tyle. To samo osiągnąłem, jeśli chodzi o pustą stronę.
Nadal bywa, że przed nią uciekam albo zasiadam do niej pełen zwątpienia. Ale poza wszystkim, co wymieniłem wyżej, polubiłem ją również za to: za wyzwanie, jakim nie przestaje być.




