Otóż widzisz, nie wystarczy, że napiszesz książkę – musisz jeszcze pisać o książce. O tej, którą napisałeś. Pisać nie tylko ją, a również o niej. Propozycje wydawnicze, streszczenia, notki biograficzne, grupy docelowe, pomysły na promocję, a nawet, jakie emocje owa książka wzbudza, choć jesteś jedyną osobą, o której emocjach możesz się wypowiadać.
Piszę w liczbie mnogiej – nie streszczenie, a streszczenia – bo czasem, podobnie jak z CV, treść trzeba dopasować do odbiorcy. Na przykład pod kątem liczby znaków. Jeśli zażyczą sobie, że streszczenie ma mieć 1800 znaków ze spacjami i ani grama więcej, a ty wcześniej miałeś 2500, to już nie jest kwestia, żeby uciąć, tylko żeby napisać od zera.
Okazje, okazje. Teraz na przykład pojawiła się taka, aby wysłać informacje o swojej książce na konkurs w ramach Poznańskich Targów Książki. Jeśli spodoba nam się twój pomysł, to zaprosimy cię na „randkę z wydawcami” – i w cztery oczy będziesz mógł opowiedzieć o tym swoim magnum opus, nie martwiąc się, że twój mail z propozycją książki trafił do wydawniczego limbo i nikt nigdy go nie przeczyta, a ty umrzesz w biedzie i zapomnieniu, jako autor, który nigdy nie debiutował.
Fajna okazja. Miło byłoby dostać zaproszenie na Poznańskie Targi Książki. Czuję, że lepiej mogłoby mi wyjść opowiadanie o „Psie”, niż pisanie o nim. Bo to wysoce kontrowersyjna materia, łatwopalna, potencjalnie niebezpieczna dla wydawnictw. Otworzą maila, przeczytają kawałek, pomyślą: o, nie, mizoginia, toż to straszne! – i maila skasują, a komputer oddadzą do czyszczenia. Słabo dla mnie.
A tak, to wyjdę na środek, przywitam się, obejrzymy się wzajemnie, może ludzie będą mili, wymienimy uśmiechy. Wyjdę przygotowany: powiem, o co w tej powieści chodzi naprawdę, dorzucę trochę uspokajającej mowy ciała, łagodnej perswazji i niewinnego spojrzenia i może to przejdzie. Uścisną mi dłoń, obsypią pieniędzmi i wyślą w dwuletnią trasę koncertową po bibliotekach miejskich w całym kraju. W dechę.
A póki co – zanim to się nie stało – znów musiałem pisać. Jury konkursowe poprosiło o streszczenie książki, którego tutaj nie przedstawię, bo to przecież same spoilery i słusznie mógłbym zostać wybuczany, że własnej powieści publicznie ściągam spodnie jeszcze przed premierą. Poproszono też o napisanie, do czego podobna jest ta książka – jaki jest jej gatunek, jaka półka, jakie skojarzenia. I znów musiałem się wysilić, znów musiałem pisać i wymyślać i tak oto wymyśliłem i napisałem, całkiem dobrze mieszcząc się w narzuconym limicie znaków:
„Pies” to współczesna powieść miejska, psychologiczna, z domieszką satyry i gorzkiej komedii: historia rozstania przechodząca w raport z męskiej inicjacji w świecie forów o podrywie i nocnych klubów. Potencjał na półkę obok najnowszych Twardocha czy „Męskości” Szczerka – literatura o kryzysie tożsamości męskiej z humorem i bez litości dla bohatera. Trudno znaleźć odpowiednik czy nawet coś podobnego: „Pies” opowiada o fenomenie społeczności PUA (pick-up artists) nie będąc poradnikiem ani reportażem, tylko fikcją – to unikat; a w głównej roli stawia bohatera o bardzo wyrazistym głosie, którego można lubić lub nie, ale nie można odmówić mu jednego: jest niepodrabialnie sobą. Pokrewni klimatem: Bukowski, Houellebecq, Pilch, a z popkultury „Californication”.
Pojawiło się też pytanie, kto ma być docelowym odbiorcą tej książki – i prośba, aby to były „bardzo konkretne odpowiedzi”, a całość w limicie 900 znaków. To mi się spodobało, to było niezłe. Musiałem dłużej – i chyba po raz pierwszy tak konkretnie – pomyśleć o osobach, które naprawdę będą czytać „Psa”. Na co takie osoby są otwarte, co im w duszy gra? Śmiem zgadywać, licząc, że rzeczywistość i tak zaskoczy mnie czymś (kimś) więcej:
„Czytelnicy 25-45, głównie z dużych miast, którzy lubią literaturę współczesną „z nerwem” i bezpośrednim językiem, który swobodnie miesza rejestry: od pięknego do ulicznego. Dwie grupy:
(1) mężczyźni zainteresowani psychologią relacji, randkowaniem i kulturą internetu – i gotowi na krytyczną konfrontację ze sobą; doświadczeni w relacyjnych bojach, uznający emocjonalną stronę; lub przeciwnie – tacy, którzy nie zasmakowali „zimnego podrywu” i fantazjują, jak to by było mieć więcej doświadczeń z klubów, randek i romansów, które zgasły równie szybko, jak zapłonęły;
(2) kobiety czytające prozę o męskości „od środka”, ciekawe spojrzenia na relacje oczami mężczyzny w kryzysie; potrafiące w kalekiej emocjonalności dojrzeć coś więcej niż „toksyczną męskość”.
Co czytają/oglądają: Pilch, Twardoch, Szczerek, Houellebecq, Żulczyk; „BoJack Horseman” – nie tylko dla śmiechu, ale dla smutku pod spodem”.
Staram się żyć bez oczekiwań i spokojnie liczę porażki w drodze do wydawniczego sukcesu, lecz jeśli teraz mam życzyć sobie jednej rzeczy, to niech to będzie ta: oby w jury konkursowym zasiadały panie, które spełniają warunki grupy docelowej numer dwa. Bo że w jury nie ma mężczyzn, to już wiem. Może za to w Poznaniu będą – i grupa docelowa złoży się w całość, planety wejdą w koniunkcję i skończą się moje dni pisania streszczeń, propozycji i analiz.




