Dostałem odmowę z wydawnictwa. Nie spodobał mi się jej powód

D
Osoba z wydawnictwa odpisała na propozycję wydania mojej książki. Problem mam nie z odmową, tylko z uzasadnieniem.

Najpierw chcę zaznaczyć, że mail dał mi też uciechę. Zawierał bowiem frazę: „Choć uważam „Psa” za niezłą powieść (…)”.

Mówcie co chcecie, „niezła powieść” dużo znaczy. Kiedy ktoś robi coś po raz pierwszy, to coś jest duże, wyprułeś sobie flaki, sam nie wiesz… Wtedy taki feedback łagodzi ból niepewności i oczekiwania.

Do tego dochodzi prosty fakt, że ktoś to p r z e c z y t a ł. Książka straciła dziewictwo. To z jednej strony oczywista rzecz, spodziewana. Z drugiej, surrealistyczne uczucie.

Zatem – dlaczego odmowa? Pojawiły się dwa powody. O pierwszym opowiem następnym razem. Dziś ten drugi.

Pani wydawca uzasadnia: „(…) Poza tym, wydaje mi się, że Zabawa [główny bohater] jaki był, taki i został”.

To jest ten zarzut: “Zabawa jaki był, taki i został”.

A mnie się wydaje, że nie tylko pani wydawca, ale w ogóle większość z nas za bardzo uwierzyła w jeden z wielkich mitów: Mit Wielkiej Przemiany. Zdaje się, że zapomnieliśmy, jak zmiana wygląda naprawdę.

Nie zrozumcie mnie źle. Wierzę w osobistą transformację. Po prostu męczy mnie już ten gorliwie realizowany schemat podróży bohatera, w której ten na końcu musi przejść jakąś Wielką Przemianę.

Dlatego z Zabawą jest inaczej.

Jego ruch wydaje się być umiejscowiony w spirali, a nie na linii prostej. Uczy się, zmienia, ponieważ wszedł na ścieżkę adepta. Sprzedano mu wizję tej właśnie Wielkiej Przemiany w momencie, kiedy był najsłabszy, rozbity na kawałki i czuł, że to, kim jest, nie wystarczy.

To, jak bardzo chce brnąć naprzód, zrzucić starą skórę i uzyskać od świata potwierdzenie, że oto stał się kimś więcej, czyni go zarazem heroicznym i żałosnym. Być może największym elementem jego przemiany jest uświadomienie sobie tego.

Odnosi jakiś sukces, jednak pełen – nie jest możliwy.

Uczymy się nowych rzeczy, przekraczamy swoje ograniczenia, dostajemy punkty do statystyk. Ożywiamy martwe strefy wyobraźni. Tylko po to, by kolejnego dnia stanąć przed lustrem, wycisnąć pryszcza i poczuć, że ja to wciąż ja, tylko z nowymi problemami do rozwiązania.

Rozumiem panią wydawcę. Jej zarzut jest symptomatyczny i mówi głosem milionów czytelników na całym świecie: „Potrzebujemy historii, w których bohater zaczyna źle, a kończy dobrze”.

Innymi słowy: „Chcemy przerabiać tę ściemę raz za razem, licząc na to, że kiedyś okaże się prawdą”.

Zabawa był od początku trochę zły i trochę dobry. I rzeczywiście – taki pozostał. Każda jednoznaczna ocena moralna będzie z zasady błędna. W tym tkwi problem. Nie lubimy niejednoznacznych portretów, bo za bardzo przypominają to napięcie, które czujemy w sobie na co dzień.

Może to napięcie jest właśnie szansą. Może dobra literatura pomaga je poczuć, zamiast oferować ucieczkę od niego. Może prawdziwą przemianą jest umiejętność zniesienia faktu, że jesteśmy sobą.

Dalej szukam wydawcy, który będzie potrafił to sprzedać.

O autorze

Wojciech Maroszek

Chodzi o tę potrzebę formowania myśli w jakąś zgrabną całość. Piszę od swoich wczesnych lat. Dotąd powstały z tego dwie książki oraz niezliczone teksty do internetu i prasy. Interesuję się umysłem oraz kondycją wewnętrzną człowieka. Trochę na ten temat czytam i badam materiał zwany sobą. Sprawdzam na przykład, co się z nim dzieje, gdy posadzi się go przed klawiaturą i każe pracować. To dopiero ciekawe.

Dodaj komentarz