Ta jedna idealna pora na pisanie – dla wszystkich

T
Haruki Murakami zaczyna pracę o 4 rano. Podobnie czyniła Sylvia Plath. Ich książki cieszą się uznaniem, zatem wychodzi na to, że trzeba zaczynać o 4.

Ale już Immanuel Kant czy Oliver Sacks należeli do słynnego “5 am club” i to zanim było to modne (i zanim w ogóle mówiło się o jakimś klubie 5 rano). Im też nieźle wyszła kariera pisarska.

Stephen King zaczyna bardziej humanitarnie – o 8 rano. Tak samo Susan Sontag czy Carl Jung. Franz Kafka zasiadał do pracy pół godziny później.

Z kolei Charles Bukowski, jeśli pisał za dnia, przeważnie nie zaczynał przed 12. Parafrazując klasyka: Nie chodzi o to, żeby nie pić. Można pić. Tylko potem trzeba wstać i pisać. Na tym polega odpowiedzialność.

O pisarskiej rutynie Huntera Thompsona nie wspomnę z uwagi na obyczajowość. Oddam mu honor zdjęciem, a fanom filmu przy okazji polecam książkową (oryginalną) wersję “Fear and Loathing in Las Vegas”.

Bardzo lubię czytać o stylach pracy wybitnych pisarzy.

Kiedyś podsycało to we mnie naiwną wiarę w jakąś uniwersalnie właściwą rutynę, w którą tylko wystarczy wskoczyć. Dziś zwyczajnie fascynuje mnie to, w jak różnych warunkach, o jak różnych porach i z jak różnym podejściem do procesu pisane są książki.

Moja metoda wciąż się wykuwa, na bieżąco, w trakcie samej pracy nad książką. A idealna pora? Bywa, że każdego dnia jest inna. Dla niektórych takie elastyczne podejście byłoby zmorą. Dla mnie zmorą okazały się próby wciśnięcia się w jakieś sztywne ramy czasowe.

Wielokrotnie odbijałem się od wczesnego wstawania, aby łoić pisanko każdego dnia przed rozpoczęciem pracy zarobkowej. Tylko mnie od tego głowa bolała. Lubię spać, nie będę przepraszać.

Próby pisania każdego wieczora też się nie powiodły, bo wieczory mają to do siebie, że dzieją się wtedy różne przyjemne rzeczy. Mogę odpuścić raz, drugi, trzeci, ale w końcu dopadnie mnie poczucie, że mijam się z życiem. All work and no play makes Jack a dull boy.

Popołudnie, prędziutko, brać się za pisanie od razu po pracy? Tak. Jeśli nie będę miał wymaglowanego mózgu. A czasem jednak mam, takie uroki pracy mózgiem.

Tak oto wczoraj zasiadłem na pół godzinki późniejszym wieczorem. Przedwczoraj od razu po pracy. We wtorek nie pisałem. W poniedziałek po pracy. W niedzielę zacząłem koło 11.

Jest kilka zasad, bez których takie elastyczne podejście zamienia się w chaos i prokrastynację, a więc niepisanie, a więc specyficzny rodzaj napięcia i niepokoju. I nieraz w taką dziurę wpadam i potem muszę z niej wyłazić. Zasady pomagają.

Będę jeszcze o tym pisał.


O autorze

Wojciech Maroszek

Chodzi o tę potrzebę formowania myśli w jakąś zgrabną całość. Piszę od swoich wczesnych lat. Dotąd powstały z tego dwie książki oraz niezliczone teksty do internetu i prasy. Interesuję się umysłem oraz kondycją wewnętrzną człowieka. Trochę na ten temat czytam i badam materiał zwany sobą. Sprawdzam na przykład, co się z nim dzieje, gdy posadzi się go przed klawiaturą i każe pracować. To dopiero ciekawe.

Dodaj komentarz