Mówi się pół żartem, pół serio, że w Polsce jest więcej osób, które chcą wydać swoją książkę, niż osób, które chcą książki czytać.
To kłopotliwy układ dla kogoś, komu umyślił się debiut literacki. I w dodatku ten ktoś nie pisze kryminału, fantasy czy czegoś takiego, na co – tak mi się wydaje – miejsce w Empiku zawsze się znajdzie.
Czasem pada pytanie o to, kiedy będzie premiera mojej książki i ja wtedy nie wiem, co odpowiedzieć. Bo jeśli mam jakieś zmartwienie, to nie kiedy będzie premiera, a – czy w ogóle.
Jednym z wyzwań, jakie pojawiły się w trakcie pisania, było zmierzenie się z faktem, że sukces wcale nie jest zagwarantowany. Może się okazać, że nikt tej książki nie zechce wydać.
“Ale co ty, ale jak to, nie trać wiary!”
Gdybym stracił wiarę, to bym nie pisał. Ale staram się twardo stać na ziemi. A warunki na ziemi są takie, że do wydawnictw wpływa więcej propozycji literackich, niż są w stanie przeczytać. Nie mówiąc o wydaniu ich.
Dla debiutantów oczywiście jest miejsce – inaczej bylibyśmy zmuszeni czytać cały czas tych samych autorów. Tego miejsca jest jednak stosunkowo niewiele.
Wydawnictwo to biznes, a debiutant to ryzyko biznesowe. Stety albo niestety, to, co obecnie piszę, z biznesowym bezpieczeństwem ma niewiele wspólnego. Treść uważam za kontrowersyjną.
Dobry człowiek w wydawnictwie może to przeczytać i stwierdzi, cholera, to jest coś, to ma szansę się przebić, wydajemy. To optymistyczny scenariusz, którego nie tracę z oczu.
W mniej optymistycznym scenariuszu ktoś stwierdzi, że może i to jest coś, ale ryzyko związane z odbiorem książki jest dla biznesu zbyt duże. Wtedy każą mi wygładzać, a ja pewnie stanę okoniem.
W do-niczego-scenariuszu osoba z wydawnictwa uzna, że ma do czynienia z literacką lipą. Nie dostanę odpowiedzi na maila i dla własnej równowagi psychicznej uznam, że mój debiut pewnie utknął w spamie.
Wszystkie te scenariusze są realne. Wypieranie któregokolwiek z nich i mamienie się, że przecież ja piszę bestsellera, który rzuci wydawnictwa na kolana, uważałbym za przejaw magicznego myślenia.
Dlatego zamiast sztucznie nakręcać się nadzieją, wolałem się jej pozbyć.
Jedyne, nad czym mam kontrolę, to sama praca. Im więcej uwagi pójdzie na ten proces – zamiast na myślenie magiczne lub katastroficzne – tym większa szansa, że się uda.
Przyznam, czasami nie jest łatwo iść bez tej motywacji, bez tego wyobrażenia, że gdzieś tam po drugiej stronie jest osoba, która pali się do wydania mojej książki.
Ale – nieco paradoksalnie – w tym braku wyobrażenia można odnaleźć duże pokłady twórczej i emocjonalnej wolności.




