Jest ten stereotyp pijącego pisarza. Niektórzy autorzy faktycznie byli ze swojego zamiłowania do picia równie znani, jak z pisania. Fitzgerald. Reymont. Faulkner. Pilch. Hłasko. Hemingway.
Ten ostatni, jak głosi plotka, miał nawet powiedzieć: “Pisz po pijanemu, edytuj na trzeźwo”. Nie ma jednak na to żadnego źródła. Inne źródła wskazują raczej, że tak jak lubił Hemingway wypić, tak pracował na trzeźwo i dziwił się, że niektórzy w ogóle mogą inaczej (był to przytyk w stronę Faulknera, który pisał w akompaniamencie z butelką).
Faktem jest, że alkohol potrafi coś w człowieku otworzyć. Czy może – poluzować pewne hamulce. I tak, parę razy próbowałem pisania pod wpływem, bo jak miałbym oprzeć się tej romantycznej idei.
I co? Raz czułem głównie mgłę mózgową, słowa nie chciały wychodzić. Innym razem czułem ożywienie i słowa płynęły. Czyli zasadniczo było różnie, czyli tak jak na trzeźwo – tylko pod wpływem. Do luftu taka robota, jeśli wolno mi zaopiniować.
W kontekście pisania, trzeźwość – najlepiej długotrwała – działa dla mnie znacznie lepiej. Czyli odkryliśmy Amerykę: alkohol z reguły nie pomaga w pracy umysłowej.

A na zdjęciu ja pijący piwo w trakcie pisania książki, w trakcie lotu samolotem Air Serbia. Proces twórczy może i nie lubi złych decyzji, ale też nie lubi, gdy nie zostawia się dla nich żadnej przestrzeni.




