Ile ja się tego nasłuchałem. „Prawdziwy pisarz pisze nawet wtedy, kiedy ma w oczy wsadzone szpilki”. Może niektórzy. Tak, potrafię to sobie wyobrazić. Tak, znam ludzi, którzy są maszynami i z tego miejsca moje głębokie ukłony, bo dyscyplina na takim poziomie, jaki reprezentują, to mój niedościgniony ideał.
Ale przypomnijmy Susan Sontag:
Nie. Piszę zrywami. Piszę wtedy, gdy muszę – gdy napięcie we mnie narasta i czuję, że coś już dojrzało w mojej głowie na tyle, by to zapisać. Ale kiedy już coś naprawdę ruszy, nie chcę robić nic innego. Nie wychodzę z domu, często zapominam jeść, prawie nie śpię. To bardzo niezdyscyplinowany sposób pracy i przez to nie jestem zbyt płodna.
Przekonanie o konieczności codziennego pisania to taki obosieczny miecz. Robi dobrze i robi źle.
Robi dobrze, bo przypomina o konieczności treningu. Gdyby nie ta myśl, pewnie trzymałbym się przekonania o tym, że „pisanie to wena” (zatem jak nie ma weny, to nie piszemy) i w efekcie pisałbym mało i na łożu śmierci na pytanie, czy czegoś żałuję, odpowiedziałbym, że niczego, bo ogólnie było ekstra i jeśli można, to ja poproszę jeszcze raz, dziękuję (ale tak naprawdę w środku czułbym, że powinienem był więcej pisać i zabieram do grobu coś niezrealizowanego – tylko nie chce mi się o tym smęcić, bo i nikomu nie chce się tego słuchać).
Warto próbować codziennie pisać. Praktyka pisania może być uwalniająca. Wejście w rytm dobrze robi. I dla psychiki, i dla twórczości.
Ale drugą stroną tego miecza – tą, którą się można boleśnie zaciąć i leci krew – jest zniewolenie. Chomąto założone sobie samemu, które czyni cię nieszczęśliwym, a kiedy próbujesz je zdjąć, od razu przydusza cię poczucie winy.
I tak się odbijasz – pomiędzy potrzebą buntu przeciw własnemu opresyjnemu systemowi a potrzebą realizacji planu pracy.
Jeśli w tym systemie nie ma empatii, elastyczności i zdrowego rozsądku, w końcu wywali ci bezpieczniki. Może przeziębienie, może wypalenie energetyczne i depresja, a może zwątpienie w sens pracy i rezygnacja z projektu (mózg tworzy brak sensu to po to, żeby cię chronić).
I pisząc „cię” mam trochę na myśli „się”. Bo byłem tam, grałem w tego odbijanego sam ze sobą. I tak, wciąż mam poczucie, że mógłbym pisać więcej. Podobnie jak Sontag, określam się jako średnio płodnego twórczo. Widzę innych, którzy są bardziej.
Wciąż interesuje mnie, by tworzyć więcej. Może gdzieś czeka na mnie idealna rutyna i pisanie 1 książki rocznie, a oprócz tego 50 artykułów i jeszcze posty.
Może. A może nie. Nie szkodzi.
Wypalony twórca nikomu do niczego się nie przyda. Jest do wyrzucenia. Albo przynajmniej do położenia do łóżka i herbatka z cukrem, do odwołania.
Dlatego choć nadal interesuje mnie zwiększanie produktywności, dziś w równym stopniu interesuje mnie profilaktyka wypalenia.
Kiedy ono się zbliża, wtedy “prawda” o pisaniu codziennie musi być zakwestionowana.
Dla dobra produktywności.




