W innym tekście argumentowałem, że nie istnieje jedna właściwa pora na pisanie, stylów pracy jest bez liku, a ja sam za pisarski drogowskaz przyjąłem ledwie kilka zasad.
Oto jedna z nich:
Można nie pisać, ale nie można robić nic innego.
Kiedyś natrafiłem na tę zasadę w materiałach Jamesa Cleara, autora “Atomowych nawyków”. Sam chyba zasłyszał ją od kogoś innego. Tak czy inaczej – pomyślmy chwilę, bo to dobre jest.
Można nie pisać: oznacza to, że jeśli zasiadasz do pisania, ale jakoś nic z ciebie nie wychodzi, to w porządku. Być może tak musi być na ten moment.
Ale.
Nie traktuj tego jak okazji, by teraz zaangażować się w coś innego.
Chodzi o pozostanie w swojej pisarskiej przestrzeni. Nawet, jeśli łapiesz blokadę, zostań, poczekaj. Utrzymaj uwagę na procesie.
Założenie jest takie, że to w tej przestrzeni istnieje większa szansa na to, by słowa w końcu się pojawiły. Z kolei przekierowanie uwagi na Fejsika może jeszcze bardziej od tego oddalić.
Jak dowiadujemy się z filmu “Gonzo”, Hunter Thompson wyznawał podobną zasadę. Tyle że – charakterystycznie dla siebie – potraktował ją nieco ekstremalnie.
Z relacji bliskich wynikało, że Thompson nieraz godzinami siedział przed swoją maszyną do pisania, z twarzą pełną napięcia i dłońmi zawieszonymi w powietrzu, gotowymi do tego, by w każdej chwili opaść na przyciski i zacząć grać swoją symfonię.
Facet siedział i czekał, aż w końcu przychodziło do niego pisanie. Czekanie było jedynym, co robił, kiedy nie pisał w trakcie sesji pracy. Mógł nie być produktywny – ale nie schodził z warty.
To manifestacja tej samej zasady: można nie pisać, ale nie można robić nic innego.
I to może być jedyny „produktywnościowy hack”, którego potrzebujemy.




