Bałem się, że bohater książki będzie mną

B

Z początku bałem się, że bohater powieści, którego stworzyłem, będzie zbyt podobny do mnie. Proces tworzenia go był inny, niż mogłoby się wydawać.

Bo stworzenie fikcyjnego bohatera to ulepienie w głowie pewnego modelu. Ma mieć cechy zewnętrzne i wewnętrzne.

Przemyślany projekt. Dobrze opisany prototyp. I dopiero potem wypuszczamy go na świat, już jako tak zwaną “postać”. Lub “głównego bohatera”.

Prawda?

Tak zapewne może być. Ale u mnie proces stwarzania bohatera wyglądał inaczej. A właściwie nie wyglądał – tylko wygląda.

Ten bohater stwarza się cały czas. Jest częściowo prowadzony przeze mnie, a częściowo podejmuje własne decyzje. Trudno to wyjaśnić, ale spróbuję.

Biorę jakąś myśl czy emocję. Takie, które albo są we mnie, albo wiem, że są w innych ludziach. Daję to mojemu bohaterowi.

Następnie ta myśl czy emocja rozwija się, prowadzi do kolejnych myśli, emocji i w końcu – zachowań.

Czasem intensywnie myślę, co zrobić z tym kartoflem, którego dałem tej mojej postaci. Może to był zły kartofel. A może dobry, tylko przyblokowałem się pisarsko.

Prędzej czy później, z tym kartoflem albo innym, akcja zaczyna iść do przodu.

I najlepszy moment jest wtedy, kiedy książka zaczyna “pisać się sama”.

Bohater, występujący w roli narratora, nagle skręca w alejkę – pozwalam mu na to – a tam czekają na niego doświadczenia, których wcale nie zaprojektowałem. Nie wymyśliłem w toku świadomego procesu.

Nagle – rozdział domyka się w sposób dla mnie zaskakujący i zaskakująco spójny.

Wcześniej w ogóle nie wiedziałem, w którą stronę to wszystko pójdzie i czy przypadkiem nie jesteśmy w ślepej uliczce, ja i ten mój koleś.

Niekiedy okazuje się, że faktycznie jesteśmy, no i pyk, rozdział do wyrzucenia albo do większego remontu. Pisanie boli.

Ale kiedy bohater robi coś niejako poza moją kontrolą i potem okazuje się, że to było najlepsze, co mogło się przydarzyć w kontekście historii, no, takie momenty to ja lubię.

Obawa, że bohater okaże się tak naprawdę mną, brała się z tego, że zamiast zaprojektować go w przemyślany sposób – od początku tylko dawałem jego charakterowi iskry zapłonowe, które najpierw musiałem wykrzesać z siebie samego.

Potem widziałem coraz bardziej, jak i ta postać, i cała historia zaczynają żyć własnym życiem. W końcu – bohater stał się osobnym bytem, a moja obawa przestała być potrzebna.

I ten bohater cały czas się kształtuje. Niby mam pomysł, jak książka się skończy. Ale czy on będzie chciał tam pójść? Zobaczymy. Już nieraz mnie zaskoczył.

Ciekawa przygoda, to całe powieściopisarstwo.

O autorze

Wojciech Maroszek

Chodzi o tę potrzebę formowania myśli w jakąś zgrabną całość. Piszę od swoich wczesnych lat. Dotąd powstały z tego dwie książki oraz niezliczone teksty do internetu i prasy. Interesuję się umysłem oraz kondycją wewnętrzną człowieka. Trochę na ten temat czytam i badam materiał zwany sobą. Sprawdzam na przykład, co się z nim dzieje, gdy posadzi się go przed klawiaturą i każe pracować. To dopiero ciekawe.

Dodaj komentarz